Słoiki wkurzają i śmieszą, bo pracują jak roboty za śmieszne stawki, psując rynek. Nie płacą podatków w wielkich miastach a brudne ciuchy wożą dziesiątki (setki?) kilometrów do mamy, zamiast skorzystać z pralni na miejscu lub kupić pralkę. Nie imprezują, ciężko pracują, więc są nudni.
Ale te same Słoiki ciężką pracą wyrywają się z zapadłych gospodarstw, w których jedyną czytaną książką jest Biblia, dostają się na studia, nie dosypiają, bo uczą się i pracują po zajęciach za barem, gdzie obsługują często bawiących się kolegów z uczelni. A i tak otoczenie wyraźnie daje im do zrozumienia, że wrócą na wiochę, że słoma z butów…
Sami wiecie – by czuć się obco, nie trzeba wcale wyjeżdżać z kraju. Bohaterom książki Zaduch poczucie obcości towarzyszy nie tylko w mieście, w którym mieszkają, ale także w rodzinnych stronach. Nigdzie nie są u siebie. Właśnie tak budują się ciekawe ludzkie historie. Tylko na pozór banalne, bo – gdyby tak się rozejrzeć – moglibyśmy odszukać dookoła siebie kilka podobnych. Tutaj jednak one wszystkie, zebrane w jednym tomie, rysują obraz dualnego społeczeństwa, nękanego niedowartościowaniem, nieporozumieniami, przerostem ambicji i – przede wszystkim – niedostatkiem empatii.

Obawiam się, że po tą książkę jednak nie sięgną rodowici warszawiacy, poznaniacy, gdańszczanie, ale raczej te osoby, które w jakiś sposób utożsamiać się będą z jej bohaterami (lub socjologicznie skrzywieni jak ja). Czy warszawiaka w ogóle ta tematyka zainteresuje? Czy będzie ją chciał roztrząsać?

…A szkoda.

Ja namawiam, bo to dobry krok ku wzajemnemu zrozumieniu i budowaniu dobrych relacji oraz okazja, by dowiedzieć się czegoś o sobie samym.

___
Cytaty z książki:

Czasami uderza mnie to, jak ludzie nie doceniają tego, z jakich domów pochodzą. Tego, że babcia jest profesorem medycyny, a dziadek profesorem prawa. Nie chodzi o majątek, kapitał, tylko o ładunek intelektualny, który wynosi się z domu. O sposób rozmawiania, postępowania, pewność siebie, naturalną umiejętność zachowania w pewnych sferach. I wiarę w swoje możliwości, pewność, że coś ci się od życia należy, że nie musi być ono związane z ciągłym mozołem. To jest coś, czego nie można się nauczyć czytając książki. 
Pamiętam, że jak szłam na studia, moi rodzice nie byli w stanie mi doradzić, co powinnam robić, i mówili: „Dziecko, rób, co chcesz, my się na tym nie znamy”.
Pamiętam kryzys przed maturą. Leżałam na podłodze i płakałam: „Mamo, nie wiem, co chcę robić w życiu”. A mama wtedy stanęła nade mną i powiedziała: „Uspokój się. Jesteś za biedna, żeby mieć problemy egzystencjalne”.

Pewnych rzeczy po prostu nie wiesz, choćbyś nie wiem ile przeczytał książek. Słucham rozmów w inteligenckich domach: takie codzienne, zwyczajne są znacznie bardziej rozbudowane. Jeśli na przykład porusza się temat wakacji, to w moim domu nie ma nawet nawyku oglądania zdjęć. Bo po co? W moich rodzicach nie ma ciekawości. A jeśli się mylę i jest, to są w nich na tyle duże kompleksy, że nie pozwalają im na zadawanie pytań, bo boją się już na wstępie. A przecież gdyby obejrzeli te zdjęcia i zadali najprostsze pytania, możliwa byłaby rozmowa. Może to właśnie brak wiedzy trzyma ich w mieszkaniach? Być może wycieczka do Poznania albo Wiednia jest dla nich tylko zmianą okoliczności, dekoracji, plus oczywiście dodatkowe wydatki. Dlatego nie ma powodu, żeby jeździć gdziekolwiek. Podróże kształcą tylko wykształconych. Jeżeli ktoś ma wrażliwość i gdzieś wyjedzie, to nadal będzie ją miał. Ale jeśli nie ma, to nie odnajdzie jej w innym miejscu.

___
Marta Szarejko studiowała kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, publikowała teksty m.in. w Dużym Formacie, Chimerze, Bluszczu. Obecnie pracuje jako dziennikarka magazynu Elle. Autorka książki Nie ma o czym mówić o ludziach bezdomnych (2010), za którą została nominowana do Literackiej Nagrody Angelus.

krótki wywiad z autorką (film)