Jest tak, jak powinno być w klasycznej tragikomedii. Tempo akcji wzrasta wprost proporcjonalnie do ciekawości czytelnika. Im dalej, tym akcja bardziej wartka; z każdą następną stroną wzrasta również poziom abstrakcji. A zaczynało się tak niepozornie, aż – o, zgrozo! – obyczajowo. Nic bardziej mylnego, bo w tej opowieści zawiść i śmierć walczą ze sobą o palmę pierwszeństwa. Wybornie pokazane środowisko sztuki, gdzie artyści prześcigają się w pomysłach na dzieło. I ta obsesja – obsesja – obsessssssja na punkcie niezwykłości, na punkcie niepowtarzalności, na punkcie plagiatu, sławy, hajsu i   u  z  n  a n  i  a. Fiksacja i zapętlenie. Obawa przed zwyczajnością.

Jest więc Kirk, który kolekcjonuje setki sztućców po to, aby później malować wizerunki łyżeczek, widelców i noży w skali makro. Jest Lenny, znany w Londynie artysta, nominowany do prestiżowej nagrody Turnera. Jest i wreszcie tytułowy Hector, którego kultowy God Bolton swego czasu stał się tematem rozmów śmietanki towarzyskiej.
Swego czasu…

___
Cytaty z książki:

W swoim manifeście André Breton powiedział, że najprostszy akt surrealizmu polegałby na tym, by wybiec na zatłoczoną ulicę z naładowaną bronią i otworzyć ogień do przypadkowych przechodniów. Otóż, André, stary byku, coraz częściej to oglądamy. Ostatnio nawet raz na kilka miesięcy. Ale czy to jest sztuka? Czy nazywamy to sztuką? Nie, André, nie nazywamy. Nazywamy to wielokrotnym morderstwem i szaleństwem, a czasem wojną. Nie nazywamy tego sztuką, ponieważ sprawcy nigdy nie są artystami ani się za nich nie uważają. Może gdyby zrobił to artysta… w galerii… Może wtedy zgodzilibyśmy się nazwać to sztuką. A może nie, bo w końcu społeczeństwo narzuca pewne standardy. Wyznacza pewne granice. Czasem tak tego nie odbieramy, ale takie są fakty. Zgodzicie się?

 

– Hector! – krzyczy mama – Chcesz kurczaka?
     Od lat jestem wegetarianinem i ona doskonale o tym wie. Nie pytajcie więc, dlaczego proponuje mi kurczaka. Proponuje mi go od dwudziestu lat i będzie proponowała jeszcze przez dwadzieścia, jakby liczyła, że pewnego dnia ustąpię, powiem: „Dobra, niech ci będzie”, i wrąbię mięcho. Szlag mnie trafia.
– Słyszałeś?
Tak, doskonale słyszałem.
– Mamo, to mięso! Kurczak to drób!
– Ale nie krowa – odpowiada, stając w drzwiach salonu.
– Co to za logika? – pytam, dolewając sobie do pełna piwo.
– Och, ty i te twoje mądre słowa – mówi niemal kokieteryjnie, grożąc mi kuchenną rękawicą. – Pieczarki. Grzyby chyba jesz?
– Tak. Czemu miałbym nie jeść pieczarek?
– A skąd mam znać twoje najnowsze upodobania? – mówi z naciskiem, jakby kryło się z tym coś więcej. – Nie sposób za tobą nadążyć. Raz mówisz: „Tak, chętnie zjem ciastko”, a za chwilę: „Nie, nie. Nie jadam ciast”. To pijesz, to nie. To słodzisz herbatę, to przestajesz. Nie wiem, czy teraz jesteś na etapie pieczarek czy nie.
– Chętnie zjem pieczarki.
– Co? – odzywa się ojciec, który siedzi w kącie i ogląda mecz rugby. 
– Nic, tato. Mówiłem, że chętnie zjem pieczarki. 
– Co zjesz? 
– Pieczarki, tato – powtarzam. 
     Ściąga brwi i cmoka. Wraca do meczu, nastawiając głośniej telewizor.

___
Jeśli jesteście miłośnikami kina, z całą pewnością widzieliście autora książki, Davida Thewlisa, w którejś z ról filmowych. Zagrał m.in. w: „Siedem lat w Tybecie” (jako Peter Aufschnaiter), 1997, „Harry Potter” – trzy części  (jako Profesor Lupin), 2004, „Chłopiec w pasiastej piżamie”  (jako ojciec małego Bruno i nazista), 2008 (a przy okazji: polecam książkę Johna Boyne o tym samym tytule! 🙂 ), „Całkowite zaćmienie”  (jako Paul Verlaine), 1995, „Królestwo niebieskie”  (jako szpitalnik), 2005, „Ostatni smok” (jako król Einon), 1996.
To, że aktor pisze powieść wydaje mi się zupełnie naturalne. Wyobrażam sobie, że aby grać wymyślone postaci, trzeba być wnikliwym obserwatorem i interpretatorem ludzkich zachowań. Dlaczego nie wykorzystać tego pisząc?