„Eksperyment Utopia” Dylan Evans

2 sierpnia 2016 Klakier

W Szkocji, w roku 2007, na północnych brzegach półwyspu Black Isle, odbył się osobliwy eksperyment, w którym udział wzięli ochotnicy. Eksperyment polegał na stworzeniu postindustrialnej samowystarczalnej społeczności żyjącej w czasach urojonej apokalipsy. W zamyśle, w tej specyficznej komunie, jednostki miały wspierać się wzajemnie w tworzeniu wspólnoty i poprawie jej warunków życiowych. Szczegółowo opracowany scenariusz zaczął stopniowo wychodzić z narzuconych ram, aby w końcu… (nie powiem!)

Brawurowo opowiedziana historia, w której – poza wątkiem dotyczącym eksperymentu, bazującym na wizji upadku cywilizacji – przewija się motyw samego pomysłodawcy, tłumaczący jak to właściwie się stało, że racjonalistę, psychologa, specjalistę od sztucznej inteligencji z wiodącego laboratorium robotyki w Wielkiej Brytanii pochłonęła bez reszty realizacja nieprawdopodobnej, utopijnej idei, którą przypłacił utratą majątku i równowagi psychicznej.
To więc dobrze skomponowany portret własny, w którym dopatrzeć się można uniwersalnych prawideł związanych z konstrukcją ludzkiej psychiki.

Oczywiście, rodzi się nieuniknione pytanie: czy przedstawiony tu schemat znalazłby swoje urzeczywistnienie, skoro opisany w książce eksperyment przeprowadzony został naprawdę…?

___
Cytaty z książki (fakty, które podaję są znane czytelnikowi od początku książki):

(…) założyłem stronę na mojej witrynie internetowej zatytułowaną Eksperyment Utopia. Ogłosiłem na niej, że organizuję nowy rodzaj społeczności opartej na trzech ideałach:
1. Ma to być SPOŁECZNOŚĆ UCZĄCA SIĘ – każdy jej członek powinien móc pochwalić się umiejętnością lub wiedzą z jakiegoś obszaru, którą może przekazać innym.
2. Ma to być SPOŁECZNOŚĆ PRACUJĄCA – nikt nie musi partycypować w eksperymencie finansowo, ale każdy członek społeczności musi własną pracą przyczyniać się do jej dobra.
3. Eksperyment ma być OGRANICZONY CZASOWO. Nie jest to próba zbudowania trwałej społeczności. Eksperyment będzie trwał 18 miesięcy.  

Trudno być normalnym w szpitalu dla psychicznie chorych. Nawet najbardziej niewinne czynności mogą się wydawać podejrzane, jeśli wykonuje je osoba już uznana za chorą. David Rosenhan dobrze to opisał w swoim słynnym artykule z 1973 roku On being sane in insane places (O byciu zdrowym w niezdrowych miejscach). Rosenhan wysłał pięciu zdrowych ochotników do kilku szpitali psychiatrycznych w Stanach Zjednoczonych. Poprosił ich, by udawali zaburzenia psychiczne. U wszystkich takie zaburzenia zdiagnozowano i wszyscy byli hospitalizowani. Po przyjęciu jednak zachowywali się już normalnie, mówili personelowi, że czują się dobrze i nie mają już żadnych halucynacji. Niemniej jednak każdy z nich został zatrzymany na średnio prawie trzy tygodnie, zanim lekarze zdecydowali się ich wypisać. Personel patrzył na każde ich zachowanie przez pryzmat choroby psychicznej. Na przykład, gdy zauważono, że jeden z ochotników robi notatki, pielęgniarki opisały jego zachowanie jako podejrzane „kompulsywne pisanie”.

– Słyszał pan kiedyś o Kazimierzu Dąbrowskim? – zapytał.
Potrząsnąłem głową.
– Był polskim psychiatrą. Pisał o czymś, co nazywał pozytywną dezintegracją. 
(…) Dąbrowski rozróżniał dwa poziomy rozwoju psychologicznego – zaczął. – Na pierwszym poziomie, który nazwał integracją pierwotną, ludzie w dużej mierze akceptują wartości i zwyczaje społeczeństwa, w którym wzrastali. Właściwie nigdy nie przychodzi im do głowy, że mogą być inne sposoby na życie i alternatywne systemy wartości.
– Czyli działają jak roboty – wtrąciłem. – Ślepo realizują program zainstalowany w nich przez społeczeństwo.
– Dokładnie tak – uśmiechnął się lekarz. – Według Kazimierza Dąbrowskiego większość ludzi działa w tym trybie całe swoje życie. Są jednak także tacy, którzy buntują się przeciwko programowaniu. Dąbrowski uważał ich za indywidualistów, którzy doświadczając tego, co większość psychologów uznałaby za niezdrowe: tendencji depresyjnych, niezadowolenia z siebie, poczucia niższości i winy, stanów lękowych, zahamowań, przesadnego entuzjazmu. Dąbrowski jednak nie postrzegał tych rzeczy negatywnie. Przeciwnie, widział w nich cenne wyzwalacze rozwoju psychologicznego.
– Jak to? – Nie rozumiałem.
– Ponieważ właśnie takie stany potrafią sprawić, że człowiek zaczyna kwestionować zwyczaje i wartości, które wcześniej wydawały mu się oczywiste.
(…) Dowiedziałem się, że według Dąbrowskiego rozwój psychologiczny zawsze jest bolesny, ponieważ wiąże się z rozmontowaniem programu, według którego ktoś myślał i działał od dzieciństwa. Ten proces dezintegracji często wiąże się z jakimś rodzajem nerwowego załamania, okresem prawdziwej choroby psychicznej. Absolutnie nie jest tak, że dezintegracja jest zawsze pozytywna. (…) Tajemnicą pozostaje, co właściwie sprawia, że jedna osoba wyniesie z doświadczenia dezintegracji naukę i po burzliwym okresie choroby psychicznej odrodzi się na nowo, a inna na zawsze pogrąży się w otchłani.

___
O autorze
Tym razem odsyłam do oficjalnej strony autora, aby nie zdradzać fabuły książki: www.dylan.org.uk